Głosy okupacji Ołesia. Opowiadanie o Starobielsku we Lwowie

Share this...
Facebook
Twitter

Głosy okupacji — seria historii osób, które mieszkały pod okupacją, ale udało im się wyjechać. Następna nasza bohaterka — Ołesia Miłowanowa, dyrektorka Ługańskiego Obwodowego Muzeum Krajoznawczego, która razem z synem wyjechała z tymczasowo okupowanego Starobielska. Dziś, na Zachodzie Ukrainy opowiada o kulturze Wschodu kraju.

Starobielsk — wschodnie ukraińskie miasteczko, którego populacja wynosi ponad 16 tys. osób, położone jest ponad 100 km na południe od Ługańska, przy brzegu rzeki Ajdar. W 2014 roku po tymczasowej okupacji Ługańska i okolicznych miejscowości wiele tamtejszych zakładów oświaty i kultury przeniosło się do Starobielska. Już od pierwszych dni rosyjskiej inwazji na pełną skalę na peryferiach Starobielska trwały walki, a od początku marca miasto jest tymczasowo okupowane przez rosyjskie wojska.

Ołesia urodziła się i całe swoje życie spędziła w Starobielsku. Na początku agresji rosyjskiej na Wschodzie Ukrainy w 2014 roku przeniosło się tutaj kilka instytucji z tymczasowo okupowanego Ługańska: Ługański Uniwersytet Narodowy im. Tarasa Szewczenki i Ługański Uniwersytet Rolniczy. Do miasta przeniesiono również Ługańskie Obwodowe Muzeum Krajoznawcze, którego kierownikiem została Ołesia.

Babcia i dziadek kobiety przeprowadzili się do Starobielska z Kubani (Kraj Krasnodarski, Rosja) po drugiej wojnie światowej. Całe życie Ołesia rozmawiała po rosyjsku.

— Ale moja mama urodziła się w Ukrainie. Ja też urodziłam się w Ukrainie. Czuję się Ukrainką.

Ołesia jest nauczycielką muzyki i kultury (odpowiednik polskiego przedmiotu o nazwie Wiedza o kulturze — przyp. tłum.), skończyła również Wschodniosłowiański Uniwersytet Państwowy im. Wołodymyra Dalia (założony w Ługańsku, a po 2014 roku przeniesiony do Siewierodoniecka) oraz Ługański Państwowy Uniwersytet im. Tarasa Szewczenki. Już jako szesnastolatka zaczęła pracować w Starobielskim muzeum krajoznawczym.

Jej kariera rozwijała się stopniowo ale szybko: była opiekunką wystaw, organizowała wycieczki, była również młodszą, a później starszą pracownicą naukową. Latem pracowała w fundacjach muzealnych. Miała zostać dyrektorką, ale w 2014 roku krajoznawczy oddział w Ługańsku był okupowany przez wojska rosyjskie. Jego dyrektor odmówił współpracy z ukraińską władzą oraz przeniesienia muzeum. Wtedy też Starobielskie Rejonowe Muzeum zlikwidowano, a na jego miejscu utworzono Ługańskie Obwodowe Muzeum Krajoznawcze, jego dyrektorką w 2015 roku została Ołesia.
— Starobielskie muzeum to dwa duże budynki, dwa ogromne zabytki architektury. Do czasu przeniesienia mieliśmy całkiem niezłą kolekcję składającą się z 20 tys. eksponatów. Uścisnęli mi rękę, pogratulowali nowego stanowiska i powiedzieli: „Niech się pani rozgości”. W 2020 roku zakończył się mój pięcioletni kontrakt. W tamtym czasie zdążyłam już przenieść muzeum, zebrałam już nowy zespół, zaczęliśmy pracę. Znali nas w całej Ukrainie, organizowaliśmy konferencje naukowe, współpracownicy jeździli na wymiany, do Polski. W 2020 roku ponownie wygrałam konkurs na stanowisko dyrektorki; to już moja druga kadencja.

Zobaczyć wojnę po raz drugi

Zespół był przygotowany do pełnowymiarowej inwazji: przygotowali dokumenty ewakuacyjne dotyczące kolejności wywożenia eksponatów, zapakowali dokumenty pracowników. Jak mówi Łesia mieszkańcy wschodu wiedzieli, że wojna nadejdzie:

— Rozdałam swoim pracownikom wszystkie książeczki pracy. A ponieważ jestem dyrektorką Ługańskiego Obwodowego Muzeum Krajoznawczego, pod moją są mi podporządkowane wszystkie muzea w obwodzie, skontaktowałam się z nimi i poleciłam robić to samo. Oskarżyli mnie jednak o to, że jestem „poplecznicą Kremla”, że wprowadzam panikę. Mówili, że nigdy nie będzie żadnej inwazji. Radziłam im: „Suszcie piwnice, szukajcie materiałów do pakowania, zbierzcie dokumenty, zabierzcie swoje książeczki pracy — zacznijcie się przygotowywać”.

O piątej rano 24 lutego do Ołesi zadzwoniła przyjaciółka i powiedziała, że zaczęła się inwazja.

— Przez pierwsze 5 minut było faktycznie trochę strachu i paniki, później zebrałam swoje rzeczy, zawiozłam kota do mamy i pojechałam do muzeum. Dopakowaliśmy materiały, wynieśliśmy do piwnicy, nie wiedzieliśmy co się stanie — być może będą nas ostrzeliwać. Wszystkim pracownikom kazałam iść do domu, zamknęłam muzeum, zabrałam muzealnego kota, wsiadłam do taksówki i pojechałam do mamy. Wszyscy ludzie się schowali, bankomaty nie działały, sklepy i apteki były zamknięte — to było istne szaleństwo.

Pierwszego dnia pełnowymiarowej wojny przez cały ranek obdzwoniła kierowników innych muzeów w obwodzie, dowiadywała się jak przemieszcza się rosyjski sprzęt. Już po obiedzie, pod Starobielskiem trwały walki. 25 lutego rosyjskie wojska ostrzelały miasto ze „Smerczów”, wtedy też ukraińscy żołnierze odstąpili do Siewierodoniecka i Rubiżnego, a pierwszego marca rosyjscy okupanci weszli do miasta.

— Czasami chodziliśmy do muzeum, na początku pakowaliśmy najważniejsze dokumenty, pieczątki, dokumenty. Kiedy wybrałam się tam po raz kolejny, akurat wtedy znalazłam samochód, by wywieźć eksponaty, chciałam przechować je u siebie w domu, u znajomych. Wkładam klucz — a tam już nowe zamki.

Kiedy Ołesia zaczęła dzwonić do współpracowników, jedna z nich powiedziała, że przyszli do niej okupanci i zaprowadziła ich do muzeum. Nie powiedziała o tym nikomu, co więcej, nie powiedziała o tym nawet dyrektorce Ołesi, mimo że minęło ponad 24 godziny.

Budynku nie uszkodzili, ale muzeum okupowali, ukradli sprzęt, meble i, co najcenniejsze — kolekcję eksponatów.

„Przyszli wyzwoliciele”

Jak mówi Ołesia na początku pełnowymiarowej inwazji mieszkańcy Starobielska podzielili się na trzy kategorie: proukraińscy, którzy albo się chowali albo chodzili na manifestacje; „marginalni separatyści”, marzący o połączeniu krajów byłego Związku Sowieckiego, wszystko im się podoba i uważają, że Rosjanie nie mogą być wrogami Ukrainy. Są również tacy, którym wszystko jedno, najważniejsze, by mieli spokój, a jaka będzie władza to już ich nie interesuje:

— Czy Rosja tu będzie, czy Ukraina — mają swoje sprawy, chcą, żeby zostawili ich domy w spokoju, żeby mieli pracę, żeby przeżyli. Przyjdą Ukraińcy — będą pracować w Ukrainie. Przyjdą Rosjanie — będą pracować w Rosji. Nie mają żadnej pozycji. Ale to mały odsetek mieszkańców.

Pierwsza kategoria mieszkańców była przeciwko rosyjskiej władzy i wychodziła na manifestacje. Fala takich wydarzeń przeszła w Starobielsku, Bilowodśku, Nowopskowie, Biłokurakynem, Markiwce, Trojićkem, Swatowie.

Niektórzy sprzeciwiali się na inne sposoby. Jeden z pracowników muzeum zerwał flagę samoogłoszonej ŁRL i spalił ją. Niejednokrotnie brał udział w manifestacjach i nagrano go na wideo. Poprosił wtedy Ołesię o pomoc w ewakuacji. Jego przyjaciele zawieźli go do Winnicy.

Ołesia mówi: wszyscy, którzy są proukraińscy rozmawiają po ukraińsku i nie krzyczą „Hurra! Przyszli wyzwoliciele” — przepadają. Takie osoby są wzywane „do piwnicy”, a tam przesłuchiwane, bite, grozi się im, zakłada reklamówki na głowę, a nawet gwałci pałkami, a później zamyka w piwnicy:

— Jeżeli nie chcesz współpracować (z okupantami — red.) — to zawsze są jakieś problemy: „A dlaczego nie chcesz? A ty, to co? Faszystka? Proukraińska? Myślisz, że nie jesteśmy „wyzwolicielami”? Trzymasz z faszystami?”

Są i tacy, którzy cieszą się, że przyszli „wyzwoliciele”. Okropne jest to, że nigdy nie rozumiesz, kto jest kolaborantem, dzieli się z nami Ołesia. W czasie gdy była w tymczasowo okupowanym mieście, zdrajcami okazywali się ci, po których się tego nie spodziewała:

— Ja jako dyrektorka muzeum powinnam opiekować się swoimi ludźmi i ratować ich. Ale nie wiesz, które z nich okaże się zdrajcą. Nie wiesz na ile możesz im ufać — komu pomagać, z kim dzielić się informacjami. Odgadnąć kto był zdrajcą było niemożliwością. Dlatego wierzyć też nie można było nikomu. W związku z tym trochę mieszkałam u mamy, trochę gdzie indziej, ciągle zmieniałam swoje miejsce pobytu. Po prostu nie wiedziałam, kiedy po mnie przyjdą i kto mnie wyda.

Ale najstraszniejszym dla Ołesi było niezrozumienie swojej przyszłości: nie wiedziała, w którą stronę się ruszyć i co robić. Dlatego, że zwyczajne życie się zawaliło, przyznaje.

Wydostać się z okupacji i marzyć o ukraińskim Ługańsku

Przebywając w Starobielsku Ołesia dzięki wsparciu Olhy Honczar, dyrektorki lwowskiego muzeum „Terytoria terroru”, pomagała pracownikom innych muzeów na wschodzie, którzy pozostali bez pieniędzy, pożywienia i leków. Wszystko to odbywało się w ramach projektu „Muzealne centrum kryzysowe”. Inicjatywa skierowana na finansowe, organizacyjne i ludzkie wsparcie niewielkich regionalnych muzeów i ich zespołów podczas kryzysowego wojennego czasu. Olha szukała środków, a Ołesia zbierała prośby od swoich licznych znajomych.

— Kontaktowała się z nimi wszystkimi, przekazywała pomoc humanitarną, przesyłała pieniądze. Robiłam to do początku kwietnia i wiedziałam, że niedługo po mnie przyjdą, że już zaczęli mnie szukać. Dlatego 3 kwietnia mnie i mojego syna wywieźli ukraińscy wojskowi, z którymi wtedy współpracowaliśmy.

Ponieważ Ołesia już wtedy była poszukiwana przez okupantów jej rodzinę wywieźli ukraińscy żołnierze. Innej możliwości ewakuacji nie było. Jechaliśmy w kierunku Siewierodoniecka, wtedy (do 24 czerwca) trwały tam walki, ale miasto póki co nie znajdowało się pod okupacją. Następnie przez Doniecczyznę, a później przez prawie całą Ukrainę. Po trzech dniach udało im się dotrzeć do Lwowa.

— We Lwowie pojechaliśmy do mojej przyjaciółki Oli Honczar. Później zarejestrowałam swoje muzeum w bazie i odnowiłam dokumenty. Gdy wreszcie dostałam wynagrodzenie za 3 miesiące, wynajęłam mieszkanie. Teraz jesteśmy we Lwowie i mieszkamy osobno.

Ołesia pomogła wyjechać i znaleźć zakwaterowanie również swoim współpracownikom. Dziś organizuje ewakuację pracowników naukowych z innych muzeów ze swojego regionu.

Po zwycięstwie Ukrainy w wojnie i deokupacji Wschodu Ukrainy planuje wrócić do Ługańska:

— Nie do Starobielska. Rozmawiałam z naszymi żołnierzami — jeżeli będziemy wyzwalać nasze terytoria, to będą to granice z 1991 roku, a nie z lutego 2022 roku. Czeka na mnie muzeum w Ługańsku, nasza czteropiętrowa przepiękna budowla, nasza kolekcja, nasz dobytek. Wygonimy stąd wszystkich separatystów, przyjdziemy z nowym zespołem. A Starobielskie Muzeum pozostanie filią Ługańskiego Obwodowego Krajoznawczego Muzeum i będzie opowiadać o historiach Starobielska i jego okolic. Ale my będziemy wtedy w Ługańsku.

Dzięki pobytowi we Lwowie Ołesia zrozumiała, że musi mieć misję — opowiadanie ludziom na zachodzie o Ukrainie o wschodniej ukraińskiej kulturze.

— Tutaj myślą, że u nas są tylko kopalnie, pijacy i separatyści. Opowiadam im o naszej kuchni, o jeździectwie, o tym, że jest to kraj agrarny, to Słobożańszczyzna. Opowiadam jak pięknie jest u nas na wschodzie.

Gdy przyjechała do Lwowa zrozumiała, że co by się nie działo, to ona nigdzie z Ukrainy nie wyjedzie, bo całe jej życie jest związane z Ukrainą.

— Nie chcę wyjeżdżać z Ukrainy. Jestem bardzo smutna, bo moje korzenie są na wschodzie. Do rozpoczęcia wojny nie myślałam, że moja miłość i moje życie jest, aż tak bardzo związane z Ukrainą. Czuję swoją przynależność do tej kultury, do tego kodu kulturowego.

Nad materiałem pracowali

Założyciel Ukrainera:

Bohdan Łohwynenko

Autorka:

Władysława Kricka

Redaktorka:

Natalia Ponediłok

Korekta:

Ołena Łohwynenko

Przeprowadząca wywiad:

Chrystyna Kułakowska

Redaktor zdjęć:

Jurij Stefaniak

Projektant graficzny,

Autorka okładki:

Anastasia Chadżynowa

Transkryptorka:

Diana Stukan

Wiktoria Budun

Menadżerka treści:

Olha Szełenko

Tłumaczka:

Katarzyna Gach

Redaktorka tłumaczenia:

Olga Janiszewska

Małanka Junko

Śledź ekspedycję