„Dobroho ranku, my z Mariupola”. Jak mieszkańcy Mariupola uczestniczą w wolontariatach w Dnieprze

Share this...
Facebook
Twitter

Przed pełnoskalową inwazją Rosji społeczeństwo obywatelskie i kultura Mariupola rozwijały się bardzo prężnie. W 2021 roku opublikowaliśmy historię jedynej w Ukrainie prawosławnej świątyni zdobionej polichromią w stylu petrykiwskim — cerkwi Piotra Mohyły i katedry Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny [Chram Swiatytela Petra Mogyły ta sobor Uspinnia Preswiatoi Bohorodyci], który stał się jednym z ośrodków życia społecznego. Ta historia ma swój ciąg dalszy, gdy 25 lutego 2022 roku ojciec Roman Peretiatko i jego siostra Maryna, wolontariuszka przy świątyni, wyjechali do Dniepra, gdzie uruchomili centrum wolontariackie pod nazwą „Dobroho ranku, my z Mariupola” (dosłownie: „Dzień dobry, jestesmy z Mariupola” — tłum.). W poniższym tekście opowiadamy o ewolucji sposobu postrzegania wojny mariupolan i tworzeniu ich własnej „ewakuowanej diaspory”.

Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę aktywizowała wolontariackie wspólnoty w sposób wręcz nieprawdopodobny. Wiele organizacji, nieprowadzących działalności wolontariackiej przed początkiem wojny, przebranżowiło się w celu wspierania wojskowych i cywili. Wcześniej pisaliśmy o Centrum kultury współczesnej w Dnieprze, które stało się ośrodkiem ruchu wolontariackiego i teraz wykorzystuje sieć swoich kontaktów do fundraisingu (zbierania funduszy). Jedną z nowopowstałych organizacji jest dnieprowska „Dobroho ranku, my z Mariupola”, gdzie udzielana jest pomoc wewnętrznie przemieszczonym osobom z „gorących” miejsc. Większośc wolontariuszy stanowią uchodźcy z Mariupola i innych miast ze wschodu i południa Ukrainy, którzy najpierw sami przychodzili do centrum po pomoc humanitarną, a później zdecydowali o włączeniu się w jego działalność. Codziennie ten wolontariacki ul odwiedza prawie 2 tys. osób.

Na równi z pomocą humanitarną dla cywilów Roman i Maryna dbają o potrzeby wojskowych, gdyż są przekonani, że od naszych obrońców zależy los Ukrainy. Wolontariusze nie tylko zapewniają im środki higieny, wodę, jedzenie, ale i starają się dostarczać buty wojskowe, kamizelki kuloodporne i leki. Planują również zorganizować aukcję charytatywną, na której zbierają obudowy dezaktywowanych pocisków, żeby ozdobić je wzorami petrykiwskimi. Wszystkie koszty ze sprzedaży tych wyrobów zostaną skierowane na wsparcie centrum wolontariatu.

Maryna i Roman. Życie przed rosyjską inwazją

Przed rozpoczęciem wielkiej wojny, Roman i Maryna wspierali wrażliwe warstwy społeczności Mariupola jakimi byli przesiedleńcy, rodziny wielodzietne, ubodzy czy dzieci z rzadkimi schorzeniami. Brali udział w rozwoju kulturalnym miasta i jego mieszkańców: wygłaszali różnorodne prelekcje dla młodzieży z rodzinnych domów dziecka, popularyzowali ciekawe formy nauczania, organizowali wydarzenia dedykowane, na przykład rocznicę z dnia urodzin Tarasa Szewczenki.

Przy cerkwi Piotra Mohyły zorganizowali szkołę ukraińskiego malarstwa, pisankarstwa, motanki, kursy języka włoskiego i angielskiego dla dzieci, a także ukraińską bibliotekę, która liczyła około 7 tys. książek. Z powodu rosyjskiej inwazji byli zmuszeni spalić część książek żeby uniknąć represji na dyżurnych w świątyni za posiadanie literatury „nacjonalistycznej”, jak na przykład książki o Stepanie Banderze. Zostały tam też bardzo cenne egzemplarze przekazane przez diasporę kanadyjską, takie jak tomik wierszy pierwszej ukraińskiej drukarni we Francji. Maryna poprosiła dyżurnych o jego ukrycie, mając nadzieję, że książka ocaleje.

W 2020 roku, kiedy zaczęła się pandemia koronawirusa, Maryna i Roman poznali aktywistę Kyryła Dolimbajewa, który pewnego razu bardzo im pomógł. Chodziło o to, że w związku z kwarantanną wierni przestali odwiedzać świątynię. Ich charytatywną stołówkę, która działała już około 20 lat i bezpłatnie karmiła potrzebujących, wspierali jedzeniem właśnie zwykli wierni, gdyż cerkiew już nie była w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich chętnych. Ojciec Roman zastanawiał się, jak zorganizować pracę cerkwi i stołówki podczas pandemii, przecież nie mógł przestać karmić potrzebujących. Wtedy ksiądz zamieścił post na Facebooku z prośbą o pomoc. Po przeczytaniu wpisu Kyryło wsparł jadłodajnie finansowo, a później przyjechał też osobiście i powiedział: „Potrzebujecie stałej pomocy, systematycznej.” Później aktywista zobaczył projekt ozdobienia kościoła petrykiwką, zainteresował się i już na dobre dołączył do życia tej wspólnoty.

Kiedy w 2020 roku polichromowano świątynię, do artystki i wolontariuszy podeszło trzech mężczyzn i zaczęli kpić, że „chochły malują”. Kyryło spokojnie z nimi porozmawiał, oprowadził, a później tamci stali się parafianami własnie tej ukraińskiej prawosławnej cerkwi. Aktywista uważa, że podobne projekty kulturalne zasługują na rozwój, pomimo wysokich kosztów realizacji jakim było wykonanie polichromii świątyni, wyniosło około 2,5 mln. hrywien. Zdaniem Kyryła, choćby tylko jedno życie miało dzięki temu zostać odmienione, warto inwestować w kulturę.

„Kiedy człowiek szczerze pokocha swoją Ojczyznę, to już nigdy nie tknie broni, żeby zabijać Ukraińców.”

Nowy etap

Kilka dni przed rozpoczęciem pełnoskalowej wojny Roman przeczuwał, że na pewno wydarzy się coś złego i trzeba opuścić Mariupol. W drugim dniu inwazji po wieczornej mszy mężczyzna dostał telefon od znajomych wojskowych, którzy powiedzieli: „Ojcze Romanie, prosimy opuścić miasto, ma Pan na to 40 minut.” Chodziło o zagrożenie desantem rosyjskich wojsk, gdyż istniało uzasadnione przypuszczenie, że w pierwszej kolejności zaczęliby szukać aktywistów z Mariupola. Od 2014 roku Roman stale pomaga armii, więc wraz z rodziną podjęli decyzję o ewakuacji:

„Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że żywi zrobimy dużo więcej, niż martwi, dlatego wyjechaliśmy. Chociaż myśleliśmy, że to kwestia jednego lub dwóch dni…”

Wyjeżdżali w nocy, pod ostrzałem, i, jak mówi Roman, tylko cudem ocaleli. Wieś, przez którą akurat przejeżdżali z Maryną, znalazła się pod ostrzałem. Jedna z rakiet wybuchła tuż za ich samochodem. Zdążyli wyskoczyć w ułamku sekundy.

Już następnego dnia Roman zamierzał wrócić do służb granicznych, gdyż jest kapelanem wojskowym. Jednak na dnieprowskim punkcie kontrolnym dowiedział się, że w Mariupolu już odbył się desant dywersyjno-wywiadowczych grup okupantów.

Już po ewakuacji Maryna dowiedziała się, że w jej budynek w Mariupolu trafił pocisk. Trzy ostatnie piętra runęły, jak domek z kart, jako że był to zwykły 9-piętrowy blok z wielkiej płyty. Mimo to Maryna nie traci nadziei na powrót i spotkanie wszystkich swoich bliskich i przyjaciół.

Od 24 lutego cerkiew służy jako schronienie. Tata Maryny i Romana do ostatniej chwili pozostał na miejscu, by pełnić posługę. Zanim wyjechał, rozwoził żywność parafianom, wojskowym i wszystkim potrzebującym. W świątyni gotowano jedzenie. 26 lutego Kyryło Dolimbajew zakupił mnóstwo produktów, których starczyło na prawie dwa miesiące do wykarmienia wszystkich potrzebujących. Sporo mieszkańców Mariupola już w Dnieprze mówiło Romanowi: „Dzięki Pana świątyni ocaleliśmy.”

Na początku lata było wiadomo, że budowla świątyni przetrwała, mimo że jej dach został poharatany odłamkami. Rosyjscy żołnierze wyważyli drzwi do cerkwi, przeprowadzili przeszukanie, rozszabrowali świątynie. Nikt dokładnie nie wie, co i w jakich ilościach zabrano, gdyż bardzo ciężko jest nawiązać lącznośc z dyżurującymi w swiątyni ze względu na ogólną sytuację w mieście. Maryna opowiada, że okupanci zakazują Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej w Mariupolu. Do świątyni parę razy przychodzili z przeszukaniami i pogróżkami, dając do zrozumienia, że taka instytucja nie jest im potrzebna.

Kyryło Dolimbajew opowiada, że on, tak samo jak Roman Peretiatko, był na rosyjskiej liście do rozstrzelania, więc gdyby nie wyjechał z miasta przed blokadą, już by nie żył. Tym bardziej że ma duży tatuaż — ornament wyszywanki [wyszywanką są nazywane tradycyjne koszule, zdobione w technice haftu, będące podstawowym elementem ukraińskiego stroju ludowego, — tłum.] na ręce, który mógł zostać odebrany przez okupantów jako „nazistowski”. Więc gdy tylko dostał informację od znajomych z administracji o tym, że jest poszukiwany przez wrogie dywersyjno-wywiadowcze grupy, aktywista szybko spakował rzeczy i dokumenty. Wraz z rodziną i psami natychmiast opuścili miasto.

Wyjeżdżając, Kyryło nie zdążył zabrać bardzo cennej dla niego rzeczy — ekskluzywnej wyszywanej koszuli z pryazowskim ornamentem. Stworzył ją we współpracy z hafciarką Tetianą Naftal. Koszula jest ozdobiona tymi samymi elementami, które są obecne w polichromii świątyni Piotra Mohyły i katedry Uspinnia NMP. Mężczyzna wierzy, że kiedyś wróci do rodzinnego miasta i odnajdzie swoją ocalałą wyszywankę.

Przed pełnoskalową inwazją Kyryło aktywnie współpracował z cerkwią Piotra Mohyły i katedrą Uspinnia NMP. Zorganizował szkołę gry na bandurze i malarstwa im. Wasyla Slipaka, gdzie mariupolanie mogli bezpłatnie uczyć się gry na tradycyjnym etnicznym instrumencie muzycznym. Malarstwa dekoracyjnego w stylu Petrykiwka w szkole uczyła Olga Czeriomuszkina, to właśnie ona zdobiła też ściany świątyni. Dolimbajew wraz z Romanem i Maryną Peretiatkamy założyli obywatelską bibliotekę literatury ukraińskiej im. Wasyla Stusa. Aktywista otworzył również przy świątyni ekspozycję ukraińskich strojów ludowych i zbierał dla niej dawne zdjęcia mieszkańców Mariupola w wyszywanych koszulach.

W Dnieprze oprócz „Dobroho ranku, my z Mariupola” wolontariusz założył Centrum rehabilitacji dla osób wewnętrznie przemieszczonych, który został nazwany „Wolna przestrzeń — Little Mariupol”. Tutaj, mówi Kyryło, każdy uchodźca ze wschodu Ukrainy może poczuć się jak w domu. W centrum jest kawiarenka, biblioteka, sala konferencyjna (gdzie konsultują prawnik i psycholog), otwarta przestrzeń do pracy, a na zewnątrz — ogródek, w którym można organizować pokazy filmowe i lekcje pod otwartym niebem.

Założenie centrum wolontariackiego

Mieszkając w Mariupolu, Roman i Maryna zarządzali platformą Eleos-Donieck, gdzie we współpracy z Prawosławną Cerkwią Ukrainy i organizacjami pozarządowymi obejmowali troską osoby potrzebujące, organizowali zbiórki żywności i ubrań dla wojskowych. Po przyjeździe do Dniepra brat z siostrą czuli, że nie mogą porzucić działalności wolontariackiej. Spotkali się z rodziną, opowiedzieli o chęci pomocy osobom dotkniętym skutkami pełnoskalowej wojny. Okazało się, że krewni dysponują przestrzenią biurową i magazynową, idealną do takich celów — od tego zaczęło się centrum „Dobroho ranku, my z Mariupola”.

Po wywiezieniu swojej rodziny z Mariupola za granicę aktywista Kyryło Dolimbajew wrócił do Dniepra i pomógł w założeniu centrum wolontariackiego „Dobroho ranku, my z Mariupola”. Mężczyzna zbiera pomoc humanitarną i szuka darczyńców, którzy są gotowi zapłacić za paliwo dla ciężarówek, komunikuje się z prasą w imieniu centrum i szerzy informację o jego działalności w mediach społecznościowych. Roman nazywa centrum wolontariackie „mariupolską diasporą”:

„Dla nas pomaganie jest naturalne. To daję moralną ulgę. Poza tym, wolontariusze zostają z nami, bo powstał tu ośrodek Mariupola — ludzie mogą przyjść, porozmawiać z krajanami i uświadomić, że nie tylko ich dotknęło nieszczęście.”

Na pierwszą partię pomocy humanitarnej składały się leki na przeziębienie i trzy pary skarpet dla wojskowych. A dzisiaj w centrum codziennie jest wydawana pomoc humanitarną dla 2,5 tys. uchodźców. Taka ilość osób dowiedziała się o istnieniu centrum jedynie za sprawą postów, napisanych przez Marynę i Romana na Facebooku i udostępnionych przez lokalne grupy miejskie.

„Poczta pantoflowa” zrobiła swoje. Przyjaciele z Polski przekazali do centrum pierwszego busa załadowanego żywnością. Później „Dobroho ranku, my z Mariupola” nawiązał współpracę z szeregiem organizacji, w tym z fundacjami. Na przykład Fundacja „Widrodżennia“ [„Odrodzenie”] pomagała w zakupieniu pakietów żywnościowych, a Duńska Rada ds. Uchodźców zaspokajała potrzeby centrum w środki higieny.

Maryna opowiada: „Nasze zadanie teraz, to możliwie najmocniej wesprzeć tył, pomóc uchodźcom i wojskowym, zatkać dziury tam, gdzie możemy, zrobić wszystko dla kraju. My nie chcemy się tu (w Dnieprze — red.) zakotwiczać, gdyż jesteśmy zdecydowani na powrót do Mariupola i jego odbudowę.”

Zdaniem Kyryła sukces centrum kryje się w tym, że udało im się wdrożyć najlepsze inicjatywy biznesowe w działalność wolontariacką. Także w „Dobroho ranku, my z Mariupola” nie toleruje się korupcji. „Sami jesteśmy uchodźcami, więc rozumiemy, czego potrzebują uchodźcy” — mówi aktywista.

Ojciec Roman jest zdania, że wypracowane w Dnieprze kontakty i sposoby sprowadzania pomocy humanitarnej będą bardzo pomocne podczas rozpoczęcia działalności wolontariatu w Mariupolu, kiedy już uda się wrócić do miasta i będzie trzeba zacząć odbudowę infrastruktury, odnawiać zwykłe życie.

Wolontariusze centrum

Wolontariusz Oleg z rodziną przebywali w mieście Popasna na Donieczczyźnie przez pierwsze trzy tygodnie wielkoskalowej inwazji. Wyjechali do Bachmutu, gdzie niedługo później aktywne działania bojowe rozpoczęły się również tam. Rodzina zmuszona była ewakuować się do Dniepra. Mężczyzna przyszedł do „Dobroho ranku, my z Mariupola” w celu otrzymania żywności i przez przypadek trafił na rozładowanie pomocy humanitarnej. Wtedy właśnie postanowił zostać częścią ekipy. Mówi, że na tyle, ile może chce pomagać takim samym uchodźcom, jak on.

Oleg opowiada, że w rodzimej Popasnej nic nie zostało. Miasto obecnie znajduje się pod okupacją, a Ługańska pseudorepublika imituje pełnienie funkcji państwowych na tych terenach. Wolontariusz uważa zaś, że jest organizacją terrorystyczną, nie posiadająca faktycznej mocy. Wierzy, że wróci do domu jak najszybciej i wszystko odbuduje.

W pobliżu domu wolontariuszki Tetiany w Mariupolu nie było schronu, więc podczas nalotów rosyjskiej awiacji i bombardowania miasta dziewczyna była zmuszona po prostu ukrywać w swoim mieszkaniu. To było powodem do wyjazdu Tetiany z miasta w połowie marca. Opowiada, że było strasznie, gdyż przez brak sieci komórkowej nie było łączności ze światem. Rosyjskie punkty kontrolne były poustawiane co 500 metrów. Niektórzy wojskowi zachęcali Tanię jechać na Krym lub do Doniecka. Wyjazdu do Doniecka dziewczynie odradził jej mieszkający tam brat, mówiąc że w ciągu ośmiu lat miasto, przebywające pod ciągłą okupacją rosyjską,nie zostało przez nikogo odbudowane, mimo że władze tak zwanej DNR twierdzą inaczej. Dzień po ewakuacji Tani, okupanci ostrzelali kolumnę samochodów cywilnych z ludźmi, którzy próbowali opuścić Mariupol.

Do centrum wolontariackiego dziewczyna trafiła przez znajomych. Mówi, że została pomagać zespołowi, żeby nie zwariować pod wpływem wiadomości i zmartwień. Dodaje, że jest jej miło robić coś pożytecznego dla społeczeństwa i jednocześnie zapominać o przerażającej codzienności.

„Nienawidze rosyjskich wojskowych. Oni pozbawili nas miasta, domu, wszystkiego. Prawie całe nasze życie pozostało w Mariupolu. Tam studiowałam, mieszkałam. Jak mam o nich myśleć? Nienawidzę, nie mam nic do dodania.”

Wolontariusz Sergij pracował w Mariupolu na statku typu katamaran. Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Roman Peretiatko zaproponował mu pomoc w wyjeździe do Dniepra. Sergij również postanowił dołączyć do zespołu centrum „Dobroho ranku, my z Mariupola”, gdzie wyładowuje i załadowuje samochody z pomocą humanitarną, nosi rzeczy do pakowania i tym podobne.

Teściowa Sergija wraz z bratem zostali w rodzimym mieście. Kiedy od czasu do czasu uda im się złapać wi-fi, kontaktują się z nim i opowiadają, że jedzenie dostają głównie od wolontariuszy i mimo że ostrzały ustały, sytuacja nadal jest niespokojna. Bez względu na trudną sytuację w Mariupolu, w Dnieprze Sergij zostawać nie planuje:

„Czekam na powrót do Mariupola, ale tylko gdy już będzie ukraiński. Kiedy okupanci opuszczą miasto wtedy będzie można wrócić.”

Małżeństwo z Mariupola Ihor i Natala zobaczyli ojca Romana, który zajmuje się wolontariatem, na Facebooku. Postanowili pojechać pomóc i zostali. Para nie wie, co się stało z ich domem, ponieważ w mieście nie został nikt z ich znajomych, kto mógłby sprawdzić stan budynku.

Natala opowiada, że wolontariat w centrum pomaga abstrahować od trwogi:

„W weekendy, kiedy nie pracujemy i siedzimy w domu, jest bardzo ciężko znosić to wszystko. Informacje na temat sytuacji w Mariupolu są skomplikowane, chce się wrócić do domu, a domu nie ma… Tutaj (w centrum „Dobroho ranku, my z Mariupola” — red.) odpoczywamy od tych myśli, bo rozmawiamy ze znajomymi, z krajanami.”

Inni wolontariusze pomogli małżeństwu w znalezieniu mieszkania i ulokowaniu się w Dnieprze. Ihor mówi o tym w ten sposób: „Teraz oni pomogli nam, a w przyszłości my im pomożemy.”

Plany powrotu

Ojciec Roman do traktowania rosyjskich żołnierzy odnosi się jasno: nie powinni istnieć. Uważa, że po wszystkich zbrodniach, których dokonali, nie ma możliwości na inne traktowanie tych osób:

„To, co zobaczyliśmy w Irpieniu, Buczy, Kijowie, na Czernihowszczyźnie, co dopiero zobaczymy po wyzwoleniu Mariupola, Donbasu i Krymu… Nie mam w sobie przebaczenia. Być może za ileś lat będę w stanie wybaczyć, ale teraz, jako ksiądz, nie mam w sobie siły tego zrobić. Jest to zło absolutne, które musimy zniszczyć i tyle. Nie my zaczęliśmy tę wojnę, ale to my ją zakończymy.”

Rodzina Peretiatków ma zamiar wrócić do Mariupola gdy tylko stanie się to możliwe. Mówią, że już są w blokach startowych i spakują się w dwie godziny. Twierdzą, że są gotowi mieszkać nawet pod namiotem, odbudowując miasto i dalej rozwijając jego kulturę.

Jeszcze parę dni przed inwazją, Maryna i Roman, mieli mnóstwo planów, które nadal chcą urzeczywistnić. Wycieczki po mieście, starym cmentarzem żydowskim i oprowadzanie po świątyni Petra Mohyły i katedry Uspinnia NMP chcą realizować wspólnie z centrum kulturalno-turystycznym „Wieża”. Roman marzy o zorganizowaniu na terytorium wokół świątyni plenerowych pokazów filmowych, gdzie widzowie będa mogli relaksować się na leżakach ogladając w słuchawkach filmy, a później o nich dyskutując. Także wolontariusze planują zorganizować rehabilitację poprzez arteterapię dla wojskowych. Zostało doczekać zwycięstwa i odbudowy Mariupola.

„Teraz problemem jest nie tyle odbudowa miasta, co „odbudowa” świadomości ludzi. Ważne jest, by społeczeństwo szczerze pokochało Ukrainę, jej kulturę i wreszcie zrozumiało, kto jest jego wrogiem. Wtedy wszystko będzie dobrze. A odbudowa to drobiazg. Cegły, rurociągi do wody i gazu, kable do elektryczności i tyle.”

Nad materiałem pracowali

Założyciel Ukrainera:

Bohdan Łohwynenko

Autorka:

Sofiia Verhulesova

Redaktorka naczelna:

Ania Jabłuczna

Redaktorka:

Anastasia Hulko

Redaktor zdjęć,

Fotograf:

Jurij Stefaniak

Transkryptorka:

Oleksandra Titarowa

Menadżerka treści:

Olha Szełenko

Tłumaczka:

Oksana Oszowska

Redaktorka tłumaczenia:

Roksolana Anastasiia Domanska

Redaktor tłumaczenia:

Michał Antosz

Śledź ekspedycję