Silne kobiety ukraińskiego Wschodu

2 stycznia 2023
Ostatnia edycja: 3 czerwca 2024

ziś wiele kobiet broni Ukrainy. Niektóre bronią frontu: od początku inwazji w szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy wstąpiło około 6 tysięcy kobiet, dzięki czemu w lipcu ich liczba przekroczyła 38 tysięcy. Inne zapewniają silny tył i są niezawodnym wsparciem dla swoich braci i sióstr, którzy znajdują się w gorących punktach. Tkają siatki maskujące, tworzą schronienia dla przesiedleńców, gotują gorące obiady, organizują dostawy pomocy humanitarnej, przywożą karetki pogotowia z za granicy, zbierają fundusze dla wojska i opiekują się dziećmi. Każda podejmuje wysiłki w walce z wrogiem. I robi to najlepiej, jak potrafi.

Anna Riasna, Iryna Iwannikowa, Julia Simaczowa i Lina Hrozyk to aktywistki urodzone na wschodzie Ukrainy, które zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów z związku z rozpoczęciem rosyjskiej ofensywy zarówno w 2014, jak i 2022 roku. Część ich życia pozostała w miastach, które obecnie znajdują się pod tymczasową okupacją. Mimo to nadal bronią praw ukraińskich kobiet, rozwijają swoje inicjatywy społeczne i marzą o powrocie do wyzwolonej Doniecczyzny i Słobożańszczyzny.

1

Anna Riasna, Łysyczańsk

Anna jest działaczką społeczną, dyrektorką Miejskiego Pałacu Kultury w Łysyczańsku, menedżerką kultury, członkinią organizacji pozarządowej „Światło Kultury”, a także matką 9-letniego Jarosława i żoną wojskowego. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę Anna i jej rodzina zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnego Łysyczańska i udania się do Dniepru. Kobieta nadal jednak pracowała jako działaczka społeczna. Początkowo skoncentrowała swoje wysiłki na pomocy przesiedleńcom ze swojego regionu, który od początku lipca jest w pełni okupowany. Na bazie Ługańskiego Obwodowego Centrum Wspierania Inicjatyw Młodzieżowych, które wraz ze swoimi pracownikami przeniosło się z Siewierodoniecka do Dniepru, kobieta zgromadziła podobnie myślących ludzi i uruchomiła system udzielania pomocy humanitarnej dla rodzin, które zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów.

— Wolontariusze naszego ośrodka w również w większości wyjechali z obwodu ługańskiego. Dlatego na początku głównie pomagaliśmy naszemu obwodowi, wysyłając tam pomoc humanitarną. Czujemy taką samą tęsknotę za naszymi domami, dlatego się łączymy. Przetwarzamy większość próśb od przesiedleńców z Siewierodoniecka i Łysyczańska, ale pomagamy również mieszkańcom obwodu donieckiego, jeśli się z nami kontaktują.

1-2

Z czasem zespół Anny stworzył call center i zorganizował bazę danych osób potrzebujących pomocy. Potem zaczęto ich zapraszać po najpotrzebniejsze rzeczy na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Ponadto Anna zawsze marzyła o otwarciu przestrzeni do relaksu, komunikacji i twórczej interakcji.

— Chciałam stworzyć miejsce, do którego mogliby przyjeżdżać młodzi ludzie ze wsi i uczestniczyć w szkoleniach, nie płacąc za drogie hotele. Wyobraziłam sobie to jako przestrzeń młodzieżową, w której każdy może się poznać i porozmawiać. Chcieliśmy ją stworzyć w 2022 roku i już znaleźliśmy partnerów i miejsce, w którym wszystko miało się narodzić, ale tak się nie stało.

Zamiast tego Anna stworzyła schronienie dla uchodźców, gdzie jedni zatrzymywali się na odpoczynek przed dalszą podróżą, a inni zapuszczali korzenie i znaleźli nowy dom. Wiele rodzin mieszka tu od tygodni. Wszyscy mieszkańcy schroniska mają zapewnioną pomoc medyczną, psychologiczną i prawną w zależności od potrzeb.

— Historia naszego schroniska to zbiorowa historia bardzo różnych ludzi. Są tacy, którzy przychodzą do nas po ostrzałach. Jest historia dzieci, których rodzice zginęli. Przybyli z sąsiadką, która chce dalej prowadzić ich przez życie i zostać ich opiekunką. Są historie o tym, jak stopniowo wprowadza się cała rodzina, pokolenie po pokoleniu, wnuki znajdują się obok swoich babć.

2

Anna nie zamierza na tym poprzestać. Mówi, że przede wszystkim trzeba pracować dla młodych ludzi, bo to oni są przyszłością. Dlatego wraz z zespołem pracuje nad projektami mającymi na celu wsparcie młodych aktywistów, którzy chcą dokonywać zmian. Najbliższe plany to otwarcie sieci mobilnych biur rad młodzieżowych w Iwano-Frankowsku, Czerniowcach i Dnieprze.

3

Jej główną motywacją był i pozostaje jej syn. Wojna trwa prawie całe życie 9-letniego Jarosława. Według słów Anny, chłopiec jest dumny z tego, że jest Ukraińcem.

— Mój syn wie, czym jest wojna, rozumie, kto nas zaatakował. Chodzi też do centrum wolontariatu, rozładowuje jakieś pudełka i tym samym angażuje się w zwycięstwo. Z dumą mówi, że jest wolontariuszem pomagającym wojsku. Jarik i ja jesteśmy jednością. Prawdopodobnie rozumie mnie lepiej niż mój mąż. Nie mogę powiedzieć, że jestem dobrą matką. Jarosław powiedziałby to lepiej, ale w tym życiu robię wszystko dla niego.

4

Iryna Iwannikowa, Chrustalnyj

Pragnienie obrony własnych granic i walki o prawo do nazywania się Ukrainką przyszło do Iryny wraz z wojną rosyjsko-ukraińską w 2014 roku. Wtedy była uczennicą, którą pewnego dnia obudziła eksplozja, a później zobaczyła rosyjską flagę przy wejściu do lokalnej administracji.

— Byłam wtedy zbuntowaną nastolatką. O wszystkim, czego nie mogłam zaakceptować i z czym się nie zgadzałam, mówiłam wprost. Kiedyś na lekcji rosyjskiego zaśpiewałam hymn Ukrainy. Później utworzyliśmy ruch oporu – rodzaj kącika w sieciach społecznościowych, w którym gromadzili się ludzie wspierający Ukrainę. Wszyscy ze sobą rozmawialiśmy, a czasem też się spotykaliśmy. Ale to było bardzo niebezpieczne, bo wielu ludzi zostało złapanych, zabranych do piwnic i wielu stamtąd już nie wróciło.

Później dziewczyna opuściła okupowany Chrustalnyj (do 2016 r. miasto nosiło nazwę Krasnyj Łucz) i przeniosła się na Naddnieprze, na studia. Tam zaczęła angażować się w działalność społeczną. Poznając innych, podobnie myślących ludzi w Stowarzyszeniu Rad Młodzieżowych Iryna brała udział w różnych konferencjach poświęconych przywództwu, demokracji, rozwojowi i wspieraniu inicjatyw młodzieżowych. Następnie wraz z kolegami założyła organizację pozarządową „Młodzi Liderzy Budowania Pokoju” i kierowała sztabem koordynacyjnym „Ukraińskiego Stowarzyszenia Rad Młodzieżowych”.

Już wtedy, jako wewnętrzna przesiedleńczyni, Iryna doświadczyła wszystkich uprzedzeń i pogardy z powodu mówienia w języku rosyjskim i regionu, w którym się urodziła.

— Przyjechałam do małego miasteczka pod Kijowem, gdzie w tym czasie było jeszcze niewielu przesiedleńców. A postrzeganie mnie było takie, że jeśli jestem z Donbasu, jeśli mówię po rosyjsku, to koniec. Automatycznie jestem złą osobą. Były nawet dni, kiedy nie miałam pieniędzy, nikt mi nie pomagał i głodowałam. Chociaż prosiłam o pomoc, ludzie się odwracali. Podejrzewam, że jest w tym ślad zarówno rosyjskiej propagandy, jak i stereotypów: jeśli jeden przesiedleniec jest zły, to wszyscy inni też.

Dlatego wśród projektów, w które zaangażowała się dziewczyna, pojawiły się również próby walki z uprzedzeniami wobec przesiedleńców. W szczególności na jej własnym przykładzie. I żeby udowodnić, jak dziewczyna ze wschodu kraju może bronić praw innych.

Po 24 lutego 2022 r. organizacja pozarządowa „Młodzi Liderzy Budowania Pokoju” pomaga kobietom ewakuować się z niebezpiecznych miast i wyjechać za granicę.

— Jedna dziewczynka bardzo bała się syren. Pomogliśmy jej wyjechać. Potem zaczęły napływać nowe prośby. Utrzymujemy kontakt z tymi dziewczynami, wciąż się komunikujemy.

Dla Iryny liczy się każda ludzka historia. Przede wszystkim stara się pomóc kobietom wzmocnić ich potencjał, zapewnia pomoc prawną i psychologiczną. Dziewczyna jest przekonana, że ​​to wszystko można zrealizować w Ukrainie, bo to państwo wolnych i niezależnych ludzi.

— Ukraina to wolność, rozwój i możliwość bycia sobą. By móc ubierać się tak, jak się chce. Wiedzieć, że jeśli coś się opublikuje, nie zabiorą cię do piwnicy. Być sobą i wiedzieć, że nie dostanie się za to kulki w łeb. Dziś zobaczyłam bardzo dobre zdanie: „Nie można zabić swobody w myślach bronią.”. Tym właśnie jest dla mnie Ukraina.

5

Julia Simaczowa, Mariupol

Gdy w jej rodzinnym mieście wybuchła pełnoskalowa wojna, Julia natychmiast wyruszyła na pomoc tym, którzy jej najbardziej potrzebowali. W tym czasie prowadziła dwie restauracje, które zaraz po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji zostały przekształcone w kuchnię wolontariacką: zaczęto przygotowywać darmowe gorące obiady dla mieszkańców.

— Wystartowaliśmy 26 lutego. Na początku karmiliśmy od trzystu do czterystu osób. Od marca liczba ta wzrosła do dwóch tysięcy. Potem zniknął prąd, gaz i woda. Przeszliśmy na gotowanie na generatorach. W kuchni gotowali nie tylko pracownicy restauracji, dołączyli też moi przyjaciele.

Do 24 lutego, oprócz swojej głównej pracy w branży restauracyjnej, Julia aktywnie angażowała się w działalność charytatywną. Wspólnie z przyjaciółmi założyła fundację, która zbierała pomoc materialną i humanitarną. Najczęściej organizowali zbiórki na pomoc chorym dzieciom. W nowej rzeczywistości fundacja została przekształcona i zaczęła wspierać Siły Zbrojne Ukrainy oraz przesiedleńców.

Później dziewczyna wyjechała z okupowanego Mariupola do Szwecji, gdzie przebywała półtora miesiąca. W tym czasie utrzymywała stały kontakt ze swoim zespołem. Stworzyli chatbota na Telegramie, aby wspierać tych, którzy opuścili Mariupol i przeprowadzili się do innych miast lub za granicę. Zebrali wszystkie niezbędne linki w jednym miejscu: różne rodzaje pomocy dla uchodźców w Ukrainie i za granicą, porady dotyczące osiedlenia się w nowym miejscu i nie tylko. Ponadto udało im się stworzyć centralę humanitarną w pięciu miastach Ukrainy: Odesie, Kijowie, Mikołajowie, Charkowie i Dnieprze. Początkowo skupili się na pomocy ludności Mariupola, ale później zdali sobie sprawę, że jest ona równie potrzebna ludziom z innych regionów, zmuszonych do ucieczki przed rosyjską agresją.

— Mam kilku, że tak powiem, podopiecznych –- dzieci, którymi opiekujemy się w fundacji. Wśród nich jest jeden niewidomy chłopiec z porażeniem mózgowym. Tuż przed rozpoczęciem inwazji zbieraliśmy fundusze na jego rehabilitację. Potrzebował natychmiastowego leczenia. Pomogłam im wyjechać, wywieźliśmy ich przez tzw. DRL. Wtedy dzwoniłam i mówiłam tak jak jest: „Wstydzę się prosić cię o pomoc. Ale jeśli pozostała ci choć kropla człowieczeństwa, pomóż choremu dziecku”. Mieliśmy szczęście, zostali wypuszczeni, więc teraz chłopiec jest leczony w Niemczech.

Julia ma wiele takich historii. Mówi, że po prostu nie może trzymać się z dala od bólu innych. Jej przyjaciele często żartują: „To Julia!”. I wcale nie dziwi ich kolejna zbiórka na obłędną kwotę, którą dziewczyna zamyka w ciągu kilku dni, ani liczba promocji i inicjatyw, które wymyśla i realizuje. Kiedyś szła ulicą i spotkała starszego pana. Po krótkiej rozmowie okazało się, że ma raka. W ciągu kilku minut dziewczyna otworzyła już dla niego zbiórkę żywności i leków, natychmiast mobilizując swój zespół.

Po powrocie do Ukrainy Julia włączyła się w pracę sztabu humanitarnego offline. Jej zespół liczy wiele wolontariuszek, które pracują 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Przetwarzają wnioski, sortują towary humanitarne, pakują paczki z żywnością, przenoszą i dostarczają ogromne pudła. Według dziewczyny to właśnie takie działania i zaangażowanie w pracę wyróżnia Ukrainki. Zwłaszcza w obecnej sytuacji.

— Nasze kobiety i dziewczyny są dla mnie odkryciem! Wiele z nich nie miało podobnych doświadczeń przed wojną. Ale teraz uczą się i dają z siebie wszystko. Nasze kobiety, które tkają sieci, wolontariuszki, medyczne dziewczyny, które idą na front. To jest heroizm. To jest nasz kod kulturowy.

6

Lina Hrozyk, Starobielsk

Jej historia zaczęła się od czterokołowego roweru. Lina żartobliwie nazywa ten incydent z dzieciństwa początkiem swojej walki o prawa. Pewnego razu, po powrocie do domu, zauważyła, jak chłopak z sąsiedztwa wjeżdża jej pojazdem na swoje podwórko. Nie zastanawiając się długo, pobiegła za nim.

— Wtedy nie rzuciłam się do rodziców po pomoc. To nie moja matka czy ojciec poszli załatwić sprawę, ale ja sama. Zabrałam mój rower. Bardzo pokłóciłam się z tym chłopcem, ale obroniłam swoją własność. Tak to rozumiałam od najmłodszych lat: jeśli jest problem, to trzeba go rozwiązać.

Od tego czasu dziewczyna nie zatrzymała się. To również wpłynęło na jej wybór zawodu w przyszłości. Lina wybrała dla siebie Ługański Uniwersytet Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (przeniesiony do Siewierodoniecka w 2016 r.).

— W dziewiątej klasie rozpoczęliśmy grę wojskowo-patriotyczną „Dżura”, w której brałam udział. Gdzieś wtedy zrozumiałam, że chcę dostać na ten konkretny uniwersytet, nosić mundurek. Chcę chronić ludzi, bronić ich praw, być po stronie sprawiedliwości. Działać zgodnie z sumieniem.

Na uniwersytecie Lina natychmiast dołączyła do samorządu studenckiego kadetów, którego później była przewodniczącą. Tam, razem z innymi dziewczynami, rozwiązywała problemy związane ze kwestiami edukacji. Czasami dotyczyły one codziennych i na pierwszy rzut oka mało istotnych spraw (np. możliwości wzięcia prysznica po ćwiczeniach czy poprawienia i dostosowania mundurków), ale czuła wewnętrzny obowiązek pomagania innym dziewczynom.

W tym roku dziewczyna ukończyła studia, po których, podobnie jak inni kadeci, została natychmiast wysłana do pracy w swojej specjalności. Będąc w okupowanym Starobielsku, miała podstawowe zadanie – przeżyć. Dziewczyna prawie cały czas była w domu i rozumiała, że ​​w takich warunkach nie zbuduje swojej przyszłości. Dlatego Lina postanowiła opuścić swoje rodzinne miasto. Wybrała dla siebie Dniepr i pracowała w lokalnej policji, w szeregach Państwowej Policji Ukrainy. Później zostali przeniesieni w nowe miejsce, dlatego dziś dziewczyna pracuje już jako śledcza w Wysznewym pod Kijowem.

— Wrócę do domu pod jednym warunkiem: jeśli wszystko będzie Ukrainą. Niestety, teraz nie mogę i, szczerze mówiąc, nie chcę. Kiedy tam byłam, czułam się jak w klatce, mimo że mieszkałam blisko moich krewnych. Miałam jednak świadomość, że nie będzie tam dla mnie pracy. Będę miała po prostu związane ręce. Więc dokonałam wyboru. A teraz niczego nie żałuję.

Lina jest przekonana, że ​​siła współczesnych ukraińskich dziewcząt polega przede wszystkim na tym, że dorastają w duchu wolności.

— Mamy pełne prawo mówić i rozwiązywać nurtujące nas sprawy, na równi z mężczyznami. Zobaczcie, ile z naszych kobiet wstępuje w szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy! Jak starają się bronić i chronić swoje dzieci i rodzinę przed tym, co się stało. Jestem dumna z naszych kobiet. Mamy na kim się wzorować.

Nad materiałem pracowali

Założyciel Ukrainera,

Redaktor:

Bohdan Łohwynenko

Autorka:

Ksenia Czykunowa

Redaktorka naczelna:

Natalia Ponediłok

Redaktor zdjęć,

Fotograf:

Jurij Stefaniak

Menadżerka treści:

Olha Szełenko

Tłumaczka:

Olena Pozdniakova

Redaktorka tłumaczenia:

Olga Janiszewska

Ukrainer wspierają

Zostań partnerem

Odkryj Ukrainę spoza nagłówków - historie, które inspirują, dostarczane do Ciebie

Dzielimy się tym, nad czym obecnie pracujemy