Głosy okupacji. Ołeksandr. Porwanie, przesłuchanie i festiwal teatralny

Share this...
Facebook
Twitter

Głosy okupacji to seria historii osób, które żyły pod okupacją i udało im się wyjechać. Naszym następnym bohaterem jest deputowany Chersońskiej Obwodowej Administracji Państwowej, reżyser teatralny Ołeksandr Knyha, któremu razem z rodziną udało się ewakuować z Ołeszek pod Chersoniem — oczywiście po areszcie i przesłuchaniu, które zorganizowali mu rosyjscy wojskowi.

Ołeksandr Knyha jest dyrektorem i kierownikiem artystycznym Chersońskiego Obwodowego Akademicznego Muzyczno-Dramatycznego Teatru im. Kulisza oraz założycielem corocznego międzynarodowego festiwalu teatralnego „Melpomena Tawrii”. Mieszkałw Ołeszkach w pobliżu Chersonia, ponad 20 lat organizował festiwal, podczas którego wystawiano spektakle teatrów z Chersonia, innych miast Ukrainy i z zagranicy. W 2022 roku z powodu pełnowymiarowej inwazji Federacji Rosyjskiej festiwalu nie przeprowadzono w zwyczajnym formacie, ale Ukraińcy z innych miast i ludność z całego świata wsparli Ołeksandra i dołączyli do organizacji wydarzenia.

Zdjęcie: Irynka Hromoćka

„Tato, zaczęło się”

— Obudziliśmy się nie tyle od wybuchów, co od dźwięku dzwoniących telefonów. Syn mieszkał całkiem blisko, w pobliżu części wojskowej, usłyszał wybuch, zadzwonił i powiedział: „Tato, zaczęło się”. Wstaliśmy, ubraliśmy się i ze starszym synem pojechaliśmy do sklepu kupić jedzenie, zatankowaliśmy samochód do pełna i odwieźliśmy to wszystko do domu.

Pojechałem do pracy w Chersoniu, do teatru przez most Antoniwski, który idzie przez Dniepr — zebrałem ochroniarzy i mówię: „Stało się, otwórzcie schrony przeciwbombowe, przygotujcie wszystko, sprawdźcie światło, żeby ludzie mogli wejść do teatru i się w nim schować”. Koło pierwszej po południu byłem już w drodze do Ołeszków, wjechałem na most i akurat wtedy zadzwonił kolega i mówi: „Błagam cię, wracaj, w Ołeszkach są już czołgi”. A my widzimy, że samochody stoją tylko z prawej strony mostu, z lewej strony nie ma żadnego auta. Pomału chcieliśmy przejechać dalej, omijając inne samochody, a później zrozumieliśmy, że korek tylko rośnie. Myślę: trzeba wracać, bo się zaklinuje i tu utkniemy. Zdążyliśmy zawrócić, nadleciały helikoptery i rozpoczął się ostrzał. Rosjanie wysadzali desant. Uciekaliśmy słysząc wybuchy na moście więc znów skierowaliśmy się w stronę Chersonia. Do Ołeszek dostałem się przez rzekę łódką, którą przewiózł mnie znajomy. Gdy wychodziliśmy na brzeg, na moście trały walki, latały samoloty, pociski, rakiety. Tak dla nas rozpoczęła się wojna. Kiedy przyjechaliśmy do domu, zaczęliśmy przygotowywać piwnicę, w której nocowaliśmy przez pierwsze dwa tygodnie. W naszym budynku było 11 osób, później dołączył do nas przyjaciel.

Zdjęcie: Jurij Stefaniak

Ciekawe jest to, że przez cały ten czas Rosjanie nie mogli dotrzeć do Ołeszek, bo na mapach mieli starą nazwę — Ciurupińsk (tak miasto nazywało się do 2016 roku. — red.). Kiedy chłopcy się już organizowali, w nocy zdjęliśmy znak. Zeszli się z całej ulicy dosłownie na trzeci dzień. Zdecydowaliśmy, że będziemy patrolować ulice, bo policji nie ma. Niektórzy ludzie wyjechali od razu, budynki stały puste. I do teraz ci, którzy zostali, wychodzą nocami na patrol.
Mieliśmy obronę terytorialną. Chciałem przed wojną się tam zapisać, ale na komendzie wojskowej spytali mnie ile mam lat (63), i kazali mi sobie pójść. Ale rosyjskie wojska tak szybko zajmowały terytoria, że cała obrona terytorialna stała na obronie Chersonia. Do miasta okupanci weszli nie od razu, nie pierwszego dnia. To samo było z Ołeszkami, ale Rosjanie „przebiegli” przez nasze miasto, nawet ich nie widzieliśmy.

Na początku wojny przeprowadziliśmy obwodową sesję online. Podczas spotkania deputowani zebrali się i podjęli uchwałę co do tego, że Chersoń i obwód chersoński to Ukraina i nigdy nie powstanie tu żadna pseudorepublika. Próbowałem wyjechać do Chersonia, ale wszyscy mi powiedzieli, że na punktach kontrolnych między miastem a Ołeszkami mogą mnie zaaresztować. Rosyjscy wojskowi mają listy deputowanych i aktywistów.

Moi aktorzy brali udział w manifestacjach. Pierwsze odbyły się już 2-3 marca. W Ołeszkach też zorganizowaliśmy takie wydarzenie, ale prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się takiej (dużej. — red.) liczby osób. To było wprost nieprawdopodobne pojednanie. A później, kiedy przyjechaliśmy do domu i mnie aresztowali, to podstawowe zarzuty dotyczyły manifestacji, podobno rozdawałem ludziom pieniądze. Według słów rosyjskich wojskowych, byłem najważniejszym aktywistą, który finansował wydarzenie. Próbowałem im wyjaśnić, że u nas ludzie swobodnie wyrażają swoje myśli, ale Rosjanom trudno było to zrozumieć.

Zdjęcie: Reuters

Areszt

Mieszkamy przy ulicy koło lasu, w cichym miejscu, dlatego samochody ciężarowe tamtędy nie jeżdżą. Zazwyczaj wstaję przed wszystkimi (wtedy było nas sześć osób w budynku). Wyjrzałem przez okno, zobaczyłem wiele uzbrojonych osób, ogromny transporter opancerzony, na górze miał basztę z karabinem maszynowym, który skierowany był w nasze okna. Wtedy zrozumiałem, że przyjechali do nas. Zaczęli pukać, otworzyli drzwi i zapytali czy tu mieszka Knyha i kazali wszystkim wyjść z budynku. Jak się później okazało, całe podwórko było otoczone: trzy samochody pancerne, zamknięte ulice, snajperzy na sąsiedniej niedokończonej budowie, z dziesięć cywilnych samochodów, czarne dżipy z literą Z. To było jak w filmie, jak w blockbusterze, czułem się jak jakiś Osama bin Laden.

Zdjęcie: Irynka Hromoćka

Do budynku wprowadzili mnie jako pierwszego, a za mną szło trzech uzbrojonych mężczyzn: jeden z tarczą po środku, dwóch po bokach z automatami. Idę z przodu i mówię: „Wejdźcie, nie bójcie się, w budynku nikogo nie ma”. „Milcz, otwieraj drzwi, po prawej, po lewej” – odpowiadali po rosyjsku. Obeszliśmy w ten sposób cały budynek. Zaprowadzili mnie do domowego gabinetu i mówią: „Teraz możemy rozmawiać”. Nie bili mnie, jeden stanął mi na nodze, zbliżył się do twarzy i powiedział: „Wszystko zależy od tego, jak będziesz odpowiadał. Jeżeli prawidłowo, wszystko będzie dobrze”. W tym czasie inni przeszukiwali budynek, przewrócili do góry nogami wszystkie pokoje, pytali żonę czy trzeba zerwać parkiet. Jeden z wojskowych miał bardzo wściekły wyraz twarzy, cały czas patrzył się na mnie, próbował zwrócić moją uwagę, a drugi miał inny mundur, możliwe, że był z FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa FR. — red.). Pytali o manifestację, o pieniądze, o nic konkretnego. Później mnie zabrali, wzięli do samochodu, powiedzieli żonie, by zebrała rzeczy i zawieźli do Chersonia. Więc 23 marca, po prawie miesiącu wojny, trafiłem do miasta z taką obstawą.

Co ciekawe: w samochodzie (to był chyba nasz samochód) grało ukraińskie radio, szła piosenka „Bayraktar”. A oni jeszcze podśpiewywali do niej i mówili (po rosyjsku): „Wy Ukraińcy, napisaliście wiele patriotycznych piosenek”. Ja na to: „Bo jesteśmy takim śpiewającym narodem”, „Nazywacie nas orkami, a w samych piosenkach jest wiele przekleństw”, „Jaki czas takie piosenki”.

To było straszne, po raz pierwszy trafić do celi, w której niczego nie ma. Goła cela, a przez okienko Buriaci, wszyscy w maskach, ale widzisz, że oczy wschodnie, nie słowiańskie. Jeden mówi po rosyjsku: „Będziesz się dobrze zachowywać, to będziemy cię karmić”. Zaprowadzili do jakiegoś pokoju (miałem wtedy na oczach czapkę, czyjąś śmierdzącą czapkę) i usadzili mnie na stołku. Czuję zapach spirytusu. Pomyślałem, że będą robić jakiś zastrzyk, ale wzięli próbki na narkotyki. Potem brali odciski palców, zdjęli czapkę, żeby sfotografować z lewej i z prawej, jak przestępcę. A później zaprowadzili do innego pokoju i rozpoczęła się rozmowa o tym, że przyszli nas „uwolnić”, że przyszli na długo.

Wypuścili mnie już wieczorem, gdzieś o wpół do siódmej, bo kiedy mnie przesłuchiwali w gabinecie, już się ściemniało (wiadomość o porwaniu i przesłuchaniu Ołeksandra wzbudziła duży rozgłos, i właśnie to mogło wpłynąć na decyzję okupantów, by szybciej go wypuścić. — red.). Powiedziałem, że mogę pójść do teatru. Odwieźli mnie, wysadzili na ulicy z czapką na głowie, kazali policzyć do 10 i dopiero wtedy ją zdjąć. Okazało się, że stałem koło Pałacu Kultury Tekstylników, który jest bardzo daleko od teatru, a do godziny policyjnej pozostało 40 minut. Przypomniałem sobie, że moi znajomi mieszkają niedaleko, ale nie znałem ich adresu. Mimo to, w panice ich znalazłem i wszedłem do budynku.

Później okupanci zapraszali mnie znów na rozmowę, do teatru przyjechało trzech mężczyzn ubranych po cywilnemu, opowiadali, że w Doniecku zrobili już porządek, a teraz będą to robić w Chersoniu. Mówili (po rosyjsku): „Jest pan deputowanym, niech pan zacznie pracować”.

Ewakuacja

Nie mogłem pojąć na zdrowy rozum jak to możliwe, że w XXI wieku można po prostu przyjść z czołgami! W jakim celu? Trzeba było stamtąd wyjechać. Zadzwonili przyjaciele, że policjanci będą wywozić swoje rodziny, można było się z nimi skontaktować. Umówiliśmy się, ale kiedy przyjechaliśmy na miejsce spotkania zobaczyliśmy około tysiąca samochodów. Wszystkie były obklejone napisami „dzieci”, obwieszone białymi płachtami. Ledwo znaleźliśmy tych ludzi i tak rozpoczęła się nasza podróż. Na pierwszej kontroli staliśmy ponad 2,5 godziny tylko po to, by wyjechać z Chersonia. Na drugim było bardzo nerwowo, bo tam wojskowi brali dokumenty i chodzili z nimi do swojej budki. Wtedy powiedziałem rodzinie, żeby jechali beze mnie i nie zatrzymywali się jak będą ze mną zwlekać. Okazało się, że oni po prostu zapisują gdzie kto jedzie. Kierowaliśmy się w stronę Berysława, Kachowki, droga w przeciwnym kierunku od Mikołajowa zajęła prawie 7,5 godziny, a już za Snihuriwką zobaczyliśmy naszych (ukraińskich wojskowych. — red.). Już wtedy zrobiło się lżej. Dojechaliśmy z Basztanki do Mikołajowa i tam podjęliśmy decyzję, że zdążymy dojechać do Odesy przed godziną policyjną.

Pod okupacją byliśmy 40 dni. Nie było ani produktów, ani leków — niczego. A kiedy w Odesie weszliśmy do supermarketu, żeby kupić sobie coś na kolację, było to dla nas takie dziwne, że na półkach zobaczyliśmy jedzenie. Z rodziną chodziliśmy po sklepie, jak w muzeum. Później przyjaciele ze Lwowa zaprosili nas do siebie, więc etapami przez Chmielnicki dojechaliśmy do Lwowa.

Festiwal, poświęcony chersonianom

Jak tylko się otrząsnęliśmy, w dwa dni zebrałem lwowskich aktorów i poprosiłem o pomoc. Na 10 czerwca zaplanowaliśmy festiwal („Melpomena Tawrii”. — red.), wymyśliliśmy nowy format — każdy teatr miał grać w swoim mieście, w swoim kraju, ale mówić przy tym przede wszystkim o Chersoniu, o chersonianach. Jadę rano czy wieczorem po ulicach Lwowa — kawiarnie pełne ludzi, wszyscy siedzą, gra muzyka odnosisz wrażenie, że wojny nie ma. Ale wojna trwa, i jest to bardzo okrutna wojna.

Festiwal odniósł wielki sukces. Jestem wdzięczny wszystkim przyjaciołom, wszystkim teatrom z Ukrainy, wszystkim teatrom z zagranicy, wszystkim, którzy byli u nas w Chersoniu — oni podchwycili ten pomysł. Udział w festiwalu wzięły 64 teatry z 34 miast Ukrainy oraz z 11 innych państw. Przez te 10 dni (od 10 do 19 czerwca. — red.) grali spektakle, zapraszali przesiedleńców z Ukrainy (w priorytecie byli chersonianie), mówili o chersonianach, w zależności od możliwości zbierali pieniądze na wsparcie. We Francji, Japonii i USA całe akcje poświęcili Ukrainie i Chersońszczyźnie. Więc nasza dziewczynka „Melpomena” postawiła cały świat na nogi po to, by nasz głos został usłyszany. „Melpomena Tawrii — Głos Chersońszczyzny” — tak nazwaliśmy festiwal. W wydarzeniu we Lwowie wzięły udział wszystkie miejscowe teatry: Lwowska Opera, Teatr Marii Zańkoweckiej, Teatr Łesi Ukrainki, Teatr Lalek i wszystkie inne pokazywały spektakle na swoich scenach.

Jak żyje okupowane południe Ukrainy

Patrzę dziś, cała Ukraina cierpi przez to, że Chersońszczyzna jest odcięta, że nie ma wczesnych warzyw i owoców, naszej truskawki, pomidorów, ogórków. To tutaj widać, widać po cenach. A tam, można to kupić za bezcen, Rosjanie skupują wszystko i wiozą na okupowany Krym. A ich media pokazują, jak dobrze im się tam teraz żyje, kiedy Chersońszczyzna jest z nimi. Zaczęli przywozić żywność z półwyspu do obwodu chersońskiego, jedzenie trafia do sklepów, ale ludzie nie mają środków, nie mają gotówki. Media FR opowiadają, że w tymczasowo okupowanym regionie rosyjscy wojskowi rozdawali pożywienie, pieniądze, próbowali przekupić ludność, ale rubli nie ma tam w obiegu, nikt nie chce brać ich pieniędzy. Tam już nawet barter działa, bo produkcja jest bardzo droga. Dajmy na to, dziecięce jedzenie kosztowało wcześniej do 200 hrywien, dziś trzeba oddać 700. Tam nie ma ani dochodu, ani pracy — niczego, by przeżyć, to bardzo trudne.

Dziś (od 28 maja. — red.) nie można stamtąd wyjechać na kontrolowane przez Ukrainę terytorium obwodu. Okupanci zamknęli wszystko, trwają walki pod Stanisławem, w stronę Snihuriwki nasi też uwalniają tereny, trwa ofensywa — nie wyjedziesz (rozmowa z Ołeksandrem przeprowadzona 9 czerwca. — red.). Teraz możliwy jest wyjazd tylko na Krym, ale tam stoją kolejki z samochodów. Mężczyźni nie mają już żadnej możliwości wyjazdu, Rosjanie zabierają ich do obozów filtracyjnych.

Najstraszniejsze jest poczucie, że cię zostawili. Ale dzięki temu, że co noc grzmiało nad Chersoniem, rozumieliśmy, że (nasza — przyp. red.) armia stawia opór. I wierzyliśmy. Ludność najbardziej cierpi przez blokadę informacyjną — kiedy Ukraińcy zaczynają trafiać tu z okupacji, zaczynasz im tłumaczyć, że nikt o nich nie zapomniał, że próbuje się tu rozwiązywać kwestie dotyczące wynagrodzeń, że tu się krzyczy o Chersoniu. Tam ludzie tego nie słyszą i wydaje im się, że zostali porzuceni, i daje to okupantom możliwość, by wziąć tych ludzi na swoją stronę.

Tych, którzy są teraz pod okupacją, proszę, by się trzymali i wierzyli w to, że wyzwolenie nadejdzie. Nie może przecież coś takiego mieć miejsca, że nie wiadomo kto przyszedł i siłą odbiera twój dom, odbiera twoje terytorium. Dlatego cały świat stanął na nogi i dlatego Ukraińcy nie mogą spocząć na laurach, póki nasze terytoria nie zostaną uwolnione.

Nad materiałem pracowali

Założyciel Ukrainera:

Bohdan Łohwynenko

Autorka:

Władysława Kricka

Redaktorka:

Natalia Ponediłok

Korekta:

Ołena Łohwynenko

Przeprowadząca wywiad:

Chrystyna Kułakowska

Redaktor zdjęć:

Jurij Stefaniak

Autorka okładki:

Anastasia Chadżynowa

Transkryptorka:

Mariana Gnatiuk

Menadżerka treści:

Olha Szełenko

Tłumaczka:

Katarzyna Gach

Redaktorka tłumaczenia:

Małanka Junko

Śledź ekspedycję